AustraliaGaleria zdjęć z wyprawy
Relacja Krzysztofa "Krishota" Krężla12 luty 2011


30 godzin w podróży

Idę do taksówki szczękając zębami z zimna. Polar to jedyne ciepłe ubranie jakie zabieram, bo tam gdzie jedziemy, jest ciepło… Poza tym, nasze linie lotnicze ustaliły idiotyczny limit bagażu jak na tak długą trasę i walczymy o każdy gram. Na lotnisku czeka już Negro, Lord właśnie się zjawia. Jeszcze tylko dyskusja z panią przy odprawie, która jak zwykle czepia się wagi bagażu i zaczynamy podróż. We Frankfurcie przesiadamy się na Singapore Airlines, najlepsze linie jakimi leciałem do tej pory. Stewardessy miłe, jedzenie jak nie w samolocie, duży wybór trunków na pokładzie, więc lądujemy w Sydney po 30 godzinach w całkiem niezłym stanie.

Złe dobrego początki14 luty 2011


Australia wita nas niezbyt miło. Trafiamy na super upierdliwą immigration officer, która najpierw twierdzi, że nasz hotel w Sydney nie istnieje, a następnie, że Manilla jest na Filipinach a w Australii nie ma żadnej więc ewidentnie kręcimy. Mimo podejrzeń o terroryzm udaje się nam uzyskać stempel w paszporcie. Taksówka, którą jedziemy z lotniska do hotelu okazuje się trzy razy droższa od tego co wyczytaliśmy w przewodniku. Wkrótce okazuje się, że jest to po prostu jeden z najdroższych krajów na świecie.

Po zaokrętowaniu się w hotelu uderzamy na miasto, rozpoczynając od wizyty na targu rybnym, gdzie w restauracyjce poprawiamy sobie humor ostrygami i homarem. Sydney Harbour Bridge, Opera, oceanarium, wycieczka statkiem, a następnie kręcimy się po mieście, które ma niepowtarzalny klimat – pomimo, że nie przepadam za zwiedzaniem metropolii i staram się na urlopie uciec od nich jak najdalej, tutaj czuję się jak w domu. Nie wiadomo dlaczego, miasto jak miasto, ale czuć luz, wszyscy uśmiechnięci i nie pędzą jak w Warszawie. Postanawiamy zostać tutaj o jeden dzień dłużej, chyba szybko do Sydney nie wrócimy. 

Odbieramy zarezerwowane Pajero, którym mamy zamiar zobaczyć kawałek Australii. Z lekką tremą siadam za kierownicą, ale ruch lewostronny okazuje się całkiem łatwy do nauczenia i już po kilku chwilach nie pcham się na czołówkę. Po drodze do Manilli zahaczamy o Blue Mountains, które nazwę zawdzięczają od unoszącej się nad nimi mgiełki z olejku eukaliptusowego. Niestety, pogoda nie dopisuje, góry toną w chmurach, ale i tak udaje się nam zobaczyć ich namiastkę. 

Manilla17 luty 2011


Nocą, ocierając się o kangury naszym 4x4, docieramy do kampingu Godfreya, w samym środku pustkowia. Wita nas Ferrari, który spędził na farmie pod namiotem dwa miesiące.  „Nic tu nie ma, totalne zadupie. Do najbliższego miasta 10 km. Lata się tu trudno. Jak polecicie na zachód, to i przez trzy dni nie wrócicie. Mnie po dwóch miesiącach już się chce wyć”. Po takim wstępie ja chcę wracać do domu, Lord zamilkł. Przed ucieczką ratuje nas Negro, najbardziej z nas napięty na latanie. Z kwaśnymi minami idziemy spać. Potem okazuje się, że Ferrari po prostu tak ma, a farma Godfreya ma też swój urok.

Nazajutrz startujemy z legendarnej górki, która ma mniej niż 400 m przewyższenia i przypomina wyglądem Stranik. Startowiska na cztery kierunki, wyłożone hektarami maty, na których można się spokojnie przygotować do lotu. Startujemy wcześnie, pierwszy kontakt z termiką po rocznej przerwie, szybko przypominam sobie jak się kręci kominy. Prognozy burzowe i wypiętrzone cumulusy psują radość z latania, nie chcemy pójść w ślady Ewy. Nie dokręcam podstawy i trzymam się daleko od chmur i padam 15 km od startu. Negro, któremu nie straszne cb, leci dalej i pada w Barrabie. Lord trzyma się statutu teamu i zalicza wzorcową dzidę J. Zwózka, kolacja i wino – taki schemat będzie nam towarzyszył w ciągu kolejnych dni.

Następnego dnia udaje mi się pociągnąć dalej, ale padam za Barrabą, 40 km od startu. Nikt nie leci dalej, pomimo warunu wyglądającego na idealny. Latanie w Manilli jest inne od tego w Europie. Wykręcić można się z parteru, kilkudziesięciu metrów nad ziemią, nad miastami nigdy nie ma noszeń, a często lata się bardzo wolno, po dwóch godzinach jest się ledwo 40 km od startu. Powrót stopem to bajka – zatrzymuje się prawie każdy napotkany samochód. Lata się tutaj wzdłuż dróg, a więc często z bocznym wiatrem. Oswojenie się z lokalnymi warunkami zajmuje trochę czasu.

Port Macquarie 18 luty 2011

Po kilku dniach latania robimy sobie przerwę. Zanosi się na dwa dni z niepewną pogoda i postanawiamy je wykorzystać na zobaczenie kawałka kraju. Jedziemy na wybrzeże, przejeżdżając przez porośnięte lasami deszczowymi Wielkie Góry Wododziałowe. Na miejscu warun również zniknął, więc spędzamy czas na kąpieli w oceanie i zwiedzając senne nadmorskie miasteczka. Piaszczystą drogą wjeżdżamy do lasu deszczowego, gdzie widzimy drzewa o średnicy kilku metrów.

Nie mam czasu20 luty 2011


Dni w Manilli upływają leniwie, według z góry utartego schematu. Rano śniadanie, potem wyjazd na górkę, parawaiting, zwózka. Nikt nic nie robi, bo nie ma na nic czasu, codziennie jest niedziela. Wieczorem zaczyna się życie. Kolacja, wino, opary dymu…. A przede wszystkim nagromadzenie ciekawych osobników. Ferrari, Radek z Czech, który rzucił pracę i od pół roku siedzi w Manilli w namiocie z komputerem stacjonarnym, Waldemar z Niemiec, który od kilku lat błąka się po Australii, mieszkając cały czas w samochodzie, czy wielu innych. A wszyscy czekają na swoją dwusetkę, niestety, nikomu się nie udaje. Manilla to miejsce magiczne, nie tyle ze względu możliwości przelotowe, których nam nie udało się niestety w pełni wykorzystać, ale z powodu specyficznej atmosfery i ludzi, którzy tam ściągają.

Syndrom Barraby23 luty 2011

Ostatniego dnia nie mamy spręża na latanie, wraz z Lordem celebrujemy parawaiting, a nasz plan to jak najszybciej do lądowiska i napić się schłodzonego chardonnay’a. Niestety, wario zaczyna pikać i trzeba zmienić palny. Decyduję się odlecieć na przelot, po drodze dochodzę do wniosku, że jest całkiem nieźle, podstawy na 3000m. Dolatuję do przeklętej Barraby, wykręcam podstawę, i przeskakuje przez miasto, kierując się pod ładną chmurkę. Niestety, na przeskoku aż do ziemi 4 m w dół, padam kilka km za miastem. W Manilli Lord już czeka z kolacją i schłodzonym winem. Dopiero przy wyjeździe dowiadujemy się od Godfreya, że Barrabę trzeba omijać szerokim łukiem…

Tęcza01 marzec 2011


Suto zakrapianą kolacją i ogniskiem kończymy pobyt w Manilli. Jedziemy do Queensland na wybrzeże, musimy przetestować słynny klif i oczywiście owoce morza. Po 12 godzinach docieramy do Rainbow Beach, gdzie szczęście nas nie opuszcza – trafiamy na 5 dni lotnych pod rząd, co w tym roku jest rzadkością. Kolejne dni upływają podobnie – śniadanie – kąpiel w gorącym oceanie – 4 godziny latania – kolacja i wino.

Ile można latać? Znudzeni wiszeniem na klifie robimy sobie dwudniową przerwę na Fraser Island, piaszczystą wyspę usianą cudownymi jeziorami. Jeździmy po plaży 120 km/h, przedzieramy się naszym Pajero leśnymi dróżkami aby się wykąpać w jeziorach (w oceanie tubylcy nie zalecają – wody lęgowe żarłacza białego). Nocą idziemy na plażę, szybko zaczynają się nami interesować psy dingo. Wino lepiej chyba dopić w hotelu.

Trzy tygodnie luzu w australijskim stylu niestety dobiega końca. Australia żegna nas drugim dniem deszczowym podczas pobytu. W strugach deszczu opuszczamy czerwony kontynent z nadzieją, że za jakiś czas tutaj wrócimy.

Projekt graficzny: "ZBY"  |  Wykonanie: ANCYK